opowieść o Węgrach część IV
Jest rok 1556, na wezwanie sejmu siedmiogrodzkiego wróciła do kraju królowa Izabela ze swoim synem Janem Zygmuntem. Od tej chwili Siedmiogród i Węgry rozpadły się znowu na dwa odrębne państwa. Powracającą królową wita Stefan Batory, późniejszy król Polski. Królestwo Zapolyich powstało na nowo do życia.Obejmowało poza Siedmiogrodem właściwym część ziem nad Cisą, zwanych później Patrium. Ludność siedmiogrodzką stanowili w połowie Rumuni, a w połowie Węgrzy. W 1571 roku układ w Spirze doprowadił do zjednoczenia Węgier,a faktycznym królem(nieco później)został István Báthory(Stefan Batory) Ja do Siedmiogrodu wybrałem się z pewną misją 423 lata później.

Erdély( czyt.erdyi) to chyba najpiękniejszy zakątek Europy. Na szczęście pseudoturyści z wypasionymi brzuchami i portfelami omijają to miejsce. A może po prostu nic o nim nie wiedzą? Jak widać na mapce, granicę Siedmiogrodu wyznaczają Karpaty. Wysokie,wiecznie zielone pasma gór, sprawiają wrażenie łatwo dostępnych. Nic bardziej mylnego. Dzięki gęstwinie leśnej, w górach Transylvani mieszka największa populacja niedźwiedzi brunatnych. W lasach żyje ponoć ponad 200 osobników. Mają tam mnóstwo pokarmu, jagody leśne, dzika malina , borówka, i owoce bukowe oraz żołędzie. Rumuński lud nie zapuszcza się zbyt wysoko w góry szukając grzybów, a mimo to zdarza się czasem atak niedźwiedzia na grupę grzybiarzy- jeśli nieopatrznie wejdą na jego teren. Jenak dla turystów i grzybiarzy niedźwiedź nie jest największym zagrożeniem, lecz błyskawicznie zmieniająca się pogoda. W bardzo szybkim tempie nad Karpatami formują się burze, bardzo gwałtowne z ulewnym deszczem. Zazwyczaj każdy jest zaskoczony nagłą zmianą pogody, gdyż gęsty las nie pozwala obserwować nieba.
Erdély-węgierska ziemia!
Latem roku pamiętnego, wyruszyliśmy z grupą przyjaciół do Rumuni. Pierwszy przystanek w Budapeszcie. Z uwagi na upał postanowiliśmy ruszać dalej w nocy. Droga przez wielką nizinę przypominała mi drogę jakby przez step. O świcie dotarliśmy do miasta granicznego Oradea( Nagyvárad) - a więc jesteśmy już w historycznym Siedmiogrodzie.
herb Siedmiogrodu![]()
Jedziemy do odległego Sibiu(Nagyszeben). Teren szybko zmienia się w wyżynny a potem coraz wyżej i wyżej. Karpaty - prawdziwy cud przyrody Transylvani. Droga bardzo wąska, niebezpieczna. Na jakimś wzniesieniu, nareszcie prowizoryczny parking, na 3 samochody z drewnianym stołem i ławką. Zatrzymujemy się tam. Dookoła cisza, lekki wiatr, niebo bez chmurki. Gdzieś bardzo daleko w oddali widać w dole jakąś osadę. Na parkingu, jak w tamtej chwili nam się wydawało - żywego ducha. Po mniej więcej 5 minutach z krzaków położonych niżej wybiegła zgraja cygańskich dzieci. Bon bon, suwenir, krzyczą błagalnie jeden przez drugiego. Chcą cukierki, albo jakiś podarunek. Widząc jak się tłumią, daliśmy im od razu całą paczkę. Jak nagle się pojawiły, tak nagle znikły. Byliśmy w szoku. Skąd na tym pustkowiu wzięły się te dzieciaki? Może mają tu jakąś ziemiankę? Myśli kłębiły się po głowie.

drogi w Karpatach są bardzo wąskie i niebezpieczne.
Pod wieczór dotarliśmy do Sibiu. Z noclegiem nie było problemu. Trafiłem do rumuńskiej rodziny w średnim wieku. Mieli dwoje dzieci. Dziś już nie pamiętam nawet jak się nazywali, jakie nosili imiona. Porozumiewaliśmy się trochę po rosyjsku, trochę po angielsku, a najszybciej na migi. Rodzina miała korzenie niemieckie. Wstąpiwszy do ich mieszkania w bloku poczułem odór wymiocin. Zaraza jakaś panuje - pomyślałem. Już przy kolacji okazało się , że to smażona w piekarniku bryndza wydaje taki odór. Bryndza owcza to główny pokarm Rumunów( przynajmniej w tatmtym czasie) Odór był tak straszny, że odmówiłem skosztowania tego specjału. Gospodyni prędko podała mi bryndzę świeżą, jeszcze niedojrzałą. To już zjadłem ze smakiem. Chlebek , pomidor i bryndza - uwielbiam takie jedzonko. Godpodarze okazali się fantastycznymi ludźmi. Z nimi można było konie kraść, które spokojnie pasły się na okolicznych polanach. Jednak zamiast kradzenia koni, udaliśmy się któregoś dnia na wycieczkę w góry. Starym volksvagenem busem, co to na korbkę trzeba było zapalać, pojechaliśmy około 40km za miasto, w góry. Kamienistą drogą zdołaliśmy dojechać na około 1000mpm. i stary gruchot zgasł. Miałem czarne myśli, co do powrotu. Gospodarz poradził abym z jego dziećmi pochodził sobie po lesie, a on zajmie się naprawą. Jednak ten plan nie wypalił bo wkrótce rozpętała się straszna burza, którą zmuszeni byliśmy przetrwać w samochodzie. Klekota uruchomiliśmy pchając co sił w dół kamienistej drogi. Wracając wstąpiliśmy do starych rodziców gospodarza, mieszkających nieco niżej u podnóża gór w kamiennym domku. Oczywiście znowu bryndza i wino wytrawne własnej produkcji, a do tego placki kukurydziane. Eko żywność. Kiedy przyszedł czas rozstania płakaliśmy wszyscy, w serdecznych uściskach pożegnaliśmy się. Cudowna rodzina , jeśli żyją jeszcze - błogosławię im z całego serca. W Sibiu wraz z przyjaciółmi spędziliśmy dwa tygodnie. W Siedmiogrodzie, Sibiu było miastem granicznym z Rumunią. Przeważali tam Niemcy, społeczność węgierska była w mniejszości. Do dziś jest tu znaczna ilość saskich pamiątek historycznych – cała dobrze zachowana starówka ma poniekąd charakter średniowiecznego, niemieckiego miasta. Część mieszkańców przyznaje się do swoich saskich korzeni, utrzymując dość żywe kontakty z Niemcami, wyjeżdżając tam lub przyjmując krewnych, którzy wcześniej wyemigrowali. Na ulicy można usłyszeć język niemiecki jak i też dostrzec niemiecko-języczne napisy. Dlatego na próżno szukałem tam śladów obecności węgierskiej.

Sybiu przyciąga turystów zarówno poszczególnymi zabytkami jak i całym kompleksem architektonicznym pięknej i dobrze zachowanej starówki. Dominuje oczywiście saski gotyk z rzędami kamienic o strzelistych czerwonych dachach, wieżami kościołów, bramami, basztami, fragmentami murów obronnych, wąskimi uliczkami i zacienionymi zaułkami, ale niemało tu też przykładów przepysznego wiedeńskiego baroku, nieco renesansu a także secesji. Któregoś dnia udaliśmy się na wycieczkę nad górskie jezioro. Tam na wyspie była restauracja, z powodu niskich cen w owym czasie chcieliśmy zkosztować przysmaków regionalnych. Do wyspy trzeba było dopłynąć łodzią, która czekała na chętnych. Nie było obawy - rzecz jasna, że ktoś odważy się nie zapłacić rachunku. Stojąc jeszcze na parkingu, nagle - niczym Janosik jakiś brudny mężczyzna zeskoczył ze skały, prosząc o jedzenie. Był poobijany. Jak wyznał naszej tłumaczce, poprzedniego dnia tak śpieszył się do turystów, że spadł ze skały i się potłukł. Prosił o jedzenie. Każdy dał co miał. Dostał również Biblię w rumuńskim języku, którą mieliśmy przy sobie. Opowiadał, że co roku przyjeżdża tu latem, aby wspominać ojca, który utonął w tym jeziorze. Mieszkał w pieczarach skalnych, a widząc turystów zlatywał do nich prosząc o jedzenie. To był drugi szok jakiego doznałem w Transylvani. Po tym wydarzeniu, odechciało się nam restauracji na wyspie. Zawróciliśmy do Sibiu.

Czas mijał nieubłaganie, kierujemy się bardziej na zachód Siedmiogrodu, przez wysokie Karpaty do Hunedoary(Vajdahunyad)
Miasto o połowę mniejsze od Sibiu. Tu natknąłem się już na Madziarów. Odwiedzając antykwariaty, spotkałem przedwojenną literaturę węgierską. Na ulicy zaś słychać było węgierską mowę. Nazwy ulic pisane po węgiersku i rumuńsku. Sporą częśc społeczności stanowią Niemcy. To miasto oblegają turyści, nawet ci brzuchaci. Jadą tu oglądać słynny zamek Vajdahunyad. Tacy szczęściarze jak ja oglądali również kopię tego zamku w Budapeszcie.
Jan Hunyady, późniejszy regent Węgier i władca Transylwanii, w 1440 r. rozpoczął przebudowę twierdzy w zamek, którą ukończono najprawdopodobniej przed 1446 r. Powstały wtedy dwa pierścienie murów obronnych z licznymi wieżami, zamek właściwy oraz kaplica. Po śmierci Hunyadego twierdzę przejęła jego żona, Elżbieta Szilágyi, a następnie ich syn Maciej Korwin, król Węgier (1458-1490), który rozbudował zamek w stylu renesansowym. Ostatnim właścicielem z rodu Hunyadego był nieślubny syn Macieja, Jan Korwin. Zamek był ufortyfikowaną rezydencją królewską i nigdy nie spełniał funkcji czysto militarnych. Tym nie mniej jest jednym z najlepszych przykładów gotyckiej architektury obronnej na obszarze historycznych Węgier.
>>>studnia>>>
Wedle legendy studnię wykopali trzej tureccy więźniowie, którym Jan Hunyady obiecał darowanie wolności po ukończeniu prac. Więźniowie pracowali przez 15 lat, znajdując wodę na głębokości 28 metrów. W międzyczasie Jan zmarł, a jego żona Elżbieta nie dotrzymała słowa danego przez męża. Na boku studni więźniowie umieścili następujący napis: Macie wodę, ale nie macie serca. W rzeczywistości napis na studni, odczytany przez Mihaila Guboglu, brzmi: Tu kopał, Hassan, więzień giaurów w fortecy koło kościołaInskrypcję datuje się na XV w. Obecnie napis znajduje się na jednym z filarów w kaplicy zamkowej.
Vajdahunyad- kopia zamku w Budapeszcie.
Zdarzyło się, że jadąc do Hunedoary pomyliliśmy drogę. Zajechaliśmy do jakiejś mieściny. Zatrzymawszy się w wąskiej uliczce postanowiliśmy poprosić o pomoc właściciela posesji ogrodzonej wysokim betonowym murem. Zanim jednak zastukaliśmy w bramę, już śpieszył do nas barczysty Rumun. Psa nie miał. ( w Rumuni psy są rzadko chodowane w miastach) Uff, nie będzie szczuć przynajmniej pomyślałem. Tym razem mieliśmy koło nas znajomą dziewczynę, która znała rumuński i polski. Gospodarz jakby nie przejął się naszą historią, gorliwie zapraszał do środka, do ogrodu. Po długich targach w końcu się zgodziliśmy. Gospodarz krzyknął do swojej kobiety, żeby czym prędzej kurkę przygotowała. A sam jął nas raczyć winem, własnej produkcji rzecz jasna. Ja postanowiłem nie pić, pod pretekstem że cierpię na wrzody. Naoglądałem sie programów Fajbusiewicza 997, i przewidywałem, że chce nas otruć, albo uśpić, dla korzyści majątkowej. Nic z tych rzeczy! Rumuni są naprawdę wyjątkowym narodem. Bezinteresowna gościnność, otwartość, uczciwość to cechy tych Rumunów, jakich spotkałem na swojej drodze. To najlepsi ludzie jakich kiedykolwiek w życiu poznałem. Być może, upasieni turyści z wypasionymi portfelami niektórych z nich zmienili na gorsze, jednak wierzę, że większość pozostała nie zmieniona... Kolejnym etapem podróży, była Timisoara.
Temesvár - miasto słynne z krwawych zajść w 1989r. Węgierski pastor pobudził lud Timisoary do sprzeciwu wobec reżimu Nicolae Ceausescu.
20 grudnia 1989 r. po krwawych zamieszkach Timişoara została ogłoszona pierwszym wolnym miastem w Rumunii. Powodem wybuchu buntu było przymusowe przesiedlenie węgierskiego pastora ewangelickiego László Tőkésa zorganizowane przez tajną policję Securitate. W tym mieście również dokonano okrutnego mordu na buntowniku chłopskim György Dózsa. Doża wyróżnił się jako żołnierz walczący przeciwko Imperium osmańskiemu, za co został przez króla Władysława II nobilitowany i wciągnięty w szeregi drobnej szlachty. Służył jako oficer jazdy w garnizonie w Stołecznym Białogrodzie. (Székesfhérvár) Doża zorganizował 100 tysięczną armię, przeciw Turkom, składającą się głównie z chłopów, ubogich mieszczan, czeladników,studentów. Jednak na skutek braku pomocy żywnościowej od właścicieli ziemskich cel walki został zaniechany. Rozpoczęło się zbrojne powstanie przeciw szlachcie i właścicielom ziemi. Kiedy powstańcy pod dowódctwem Doży zaczęli zagrażać Państwu Siedmiogrodzkiemu, wojska, dowodzone przez Jana Zápolyę i Istvána Bathorego otoczyły oddział Doży w okolicach Timişoary (Temesvár). Przywódca powstania został wzięty do niewoli. Skazano go na śmierć. Doża został upieczony żywcem na rozpalonym do czerwoności tronie, a w ręce trzymał rozpalone żelazo, imitujące berło. Sześciu jego najbliższym współpracownikom darowano życie tylko pod tym warunkiem, że na dowód potępienia czynów Doży zgodzili się zjeść fragmenty ciała swojego przywódcy. Dziś, w miejscu egzekucji stoi pomnik Maryji Dziewicy. Stacja metra w Bp. nazwana jest Dózsa. Janos Hunyadi i Stefan Batory też mają pomniki i nazwy ulic. Nie bardzo rozumię ten świat.
W Timisoarze zatrzymałem się u węgierskiej rodziny, nie było już problemu z tłumaczeniem. Dwa dni na zwiedzanie miasta. Karpaty zostały w tyle. Tu rozpoczyna się obszar wielkiej niziny węgierskiej. W Temesvár rozstałem się z przyjaciółmi. Oni pojechali już do Polski,a ja udałem się na Węgry... Piękną miałem młodość. Jak wspominam moje wyjazdy, przygody, ciężką pracę, aby zarobić na letnie podróże, ogarnia mnie czasem smutek, że to się już nie wróci. Poznałem mnóstwo ciekawych ludzi różnych narodowości. O Rumunach mam najlepsze wspomnienia. Mam nadzieję, że nadal tacy są gościnni, uczciwi. Polacy często mawiają o Rumunach - cyganie. Cyganie rumuńscy to zupełnie inna bajka. Biali Rumuni są pracowici, na wskroś gościnni i przyjaźni. W Rumuni dane mi było być jeszcze raz, dwa lata później. Wtedy spotkałem pierwszy raz chciwego Rumuna, bogatego pajaca, obnoszącego się bogactwem i dwoma mercedesami. Niewdzięcznika. Ale o tym napiszę w opowieści o Rumuni. Pora kończyć. Poznaliście historyczną część Węgier - Erdély - Siedmiogród. Mnie pozostają wspomnienia, zdjęcia i pocztówki.

Opowieść tą dedykuję dla moich przyjaciół z lat młodości. (i myślę nadal również) Dla Daniela, Wojtka oraz Andrzeja ich ojca. To zapaleni turyści, ekologiczni. Ojciec zaszczepił w nich miłość do turystyki , sportu, i szacunek do przyrody, oraz poszanowanie Bożych praw.
¥ankoζielony






